PolishEnglish
Home Relacje z podróży Azja Wyspa Diu, Indie
01
kwi
2010
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Przez Indie na wyspę Diu

Chłopiec grający w krykieta, Diu Island
Chłopiec grający w krykieta, indyjski sport narodowy

Środa. Terminy naglą, jesteśmy w końcu za kilka dni umówieni na wyspie Diu w południowym Gujaracie. Aby się tam dostać musimy przebyć niemalże pół Indii! Tutaj nie ma autostrad. Przed nami przesiadka w Jaipur, znanym również jako "Różowe Miasto". Nie bez powodu. Całe ścisłe centrum zostało pomalowane na różowo, zgodnie z dekretem wydanym w XVIII wieku przez Jai Singha II, ówczesnego władcę Radżastanu.

Budynki, mury, wszelkiego typu zabudowania. Różowe. O samym poranku dokładnie obserwuję proces, w którym różowe miasto budzi się do życia. Na początku pojawiają się kupcy. Zmierzają wozami ciągniętymi przez wielkie wielbłądy na targowisko. Gdzie tylko sięga mój wzrok, widzę małpy. Zdecydowanie zawładnęły miastem. Strasznie się panoszą na dachach, tarasach, oknach i fasadach tutejszych budynków.

Różowe Miasto

Odwiedzamy kilka miejsc, między innymi Hawa Mahal, czyli Pałac Wiatrów. Pałac jak i stado turystów wokół raczej nie robią wrażenia. Udaje nam się natomiast ciekawie pogadać z jedną z żebraczek sprzedających pocztówki. To w gruncie rzeczy bardzo biedne, ale śliczne Hinduski.

Święta krowa czai się za rogiem
Święta krowa nieśmiale czai się za rogiem

Zatrzymujemy się na lassi w przypadkowym lokalu. Słony kefir lassi zaserwowano nam czymś w rodzaju glinianej doniczki wielkości dużej szklanki. Jesteśmy pierwszymi klientami tego dnia. Raczej rzadko ktoś tu zagląda. Drugą skrajnością jest odwiedzenie europejsko wyglądającego lokalu. Pierwszy raz od wielu tygodni widzę plastikowe okna i wygodne kanapy ze sztucznej skóry. Wchodzimy z ciekawości. Mimo eleganckiego i zadbanego wystroju kawiarni ceny są nadal na przyzwoitym poziomie. Piję wielkie cafe latte z czekoladą i bitą śmietaną, po czym jemy po deserze lodowym. Odrobina luksusu, na który ostatecznie mnie stać.

Piszę o tym, aby zobrazować, jak bardzo to miasto, z resztą całe Indie są pełne kontrastów. Bieda na ulicy, blisko 70% wskaźnik analfabetyzmu (wśród 2 milionów mieszkańców Jaipuru!). Widzimy sklepy z odzieżą, gdzie można kupić oryginalne jeansy Lee oraz rozklekotany szpital miejski, na podwórzu którego pasą się kozy. Jednym z rozwiązań jest dyskryminacja cenowa. Wejście do Taj Mahal kosztuje 10 Rs dla Hindusów i 600 Rs dla cudzoziemców. To skrajny przypadek, Idąc do ZOO, aby zobaczyć tygrysy, pawiany i krokodyle płacimy tylko 10 razy więcej niż lokalesi.

Ostatnie godziny przed odjazdem poświęcamy na poszukiwania sprzedawczyni pocztówek. Jej przenikliwe, prawdziwe i szczere spojrzenie stało się dla nas ikoną Jaipur. Chcemy ponownie z nią porozmawiać, a może nawet zaprosić ją na kawę. Ale niestety nie udaje się nam jej odnaleźć.

Krótka anegdota o indyjskich bankach

Wsiadamy w rikszę rowerową i zmierzamy na dworzec, skąd autobusem jedziemy na południe w stronę Gujaratu. Myślę, aby wykorzystać przesiadkę w Ahmadabadzie na wymianę dolarów. Idę do Bank of Singapore, jedynego banku w okolicach dworca autobusowego. To duży kilku piętrowy budynek, nic bardziej mylnego niż stwierdzenie, że wymiana dolarów przebiegnie tam szybko i bezproblemowo.

Cała procedura zaczyna się od odręcznego wypełnienia specjalnego druczku i kserokopii paszportu, po które pracownik tej instytucji finansowej idzie do budynku obok. No cóż, bank nie dysponuje własnym kserem, zdarza się, pomyślałem. Po powrocie pracownik wyjmuje wielką księgę, aby odnotować w niej przeprowadzaną transakcję. Księga wygląda, jakby zawarte w niej były wszystkie transakcje z ostatnich 200 lat. Nagle pracownik znika i przez kwadrans się nie pojawia. Staram się to jakoś przyśpieszyć, kilkukrotnie upominam innych pracowników, Niestety to nie pomaga, stwierdzam więc, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Schodzę na dół do skarbca i zwracam się do ochrony o wydanie kasy. Wchodzę z jednym pracownikiem, który wyjmuje mały plik pieniędzy, przelicza je i mi wydaje. Trudno mi sobie wyobrazić samowolne wchodzenie do skarbca w innym kraju, ale jak widać w Indiach tak to się załatwia.

Przygoda na wyspie w Diu

Transport na wyspie Diu
Transport na wyspie Diu

Mimo opóźnień w banku, udaje się nam zdążyć na bezpośredni autobus do Diu. Po drodze podziwiamy plantacje ryżu, które łatwo rozpoznać po charakterystycznych grządkach, a także pola bawełny, czyli ciernistych krzaków z białymi kuleczkami. Nie brakuje też różnorodnej fauny - w szczególności dzikich, kolorowych pawi, które coraz czają się przy drodze. Robi się nieco późno, ale.. o tak! Docieramy do Diu! Ryż i bawełna za nami, a na dworcu spotykamy Pata i Ulę. Dotarli z Kalkuty nieco przed nami, ale szybko wybadali to miejsce i mamy już zapewniony hotel na najbliższe kilka dni. Na miejscu poznajemy Lanę, bardzo sympatyczną Maurytyjkę, z którą spędzamy kolejne dni.

Pierwszy dzień życia wyspiarza zaczyna się ciekawie. Końcówka listopada, przynajmniej 30 stopni ciepła i wielkie Morze Arabskie pod ręką. Woda jest ciepła, ale oceaniczne dno w sąsiedztwie ruin portugalskich fortyfikacji jest skaliste, porośnięte glonami i pełne nieregularnych dziur. To problem lokalny, bo dwa kilometry dalej mamy już pierwszej klasy dno piaszczyste, idealne do celów rekreacyjnych, jak chociażby bodysurfing.

Początki bywają trudne, ale po drugiej nocy na tej subtropikalnej wyspie dopada mnie malaria. Mimo założonej na noc moskitiery musiał się jakoś przedostać wredny insekt. Przypuszczam, że jest to malaria zwykła wywołana przez zarodźca z gatunku plasmodium vivax. Jest to niezwykle paskudne uczucie, ohydne osłabienie organizmu, jednak całkowicie nie związane z kaszlem ani katarem. Mam gorączkę, ból głowy, odczuwam skrajną apatię. Tracę chęć do robienia czegokolwiek i trwam w oczekiwaniu na to co będzie dalej. Pierwsza Zażywam doksycyklinę i następnego dnia o poranku wszystko wraca do normy.

Śpimy w hotelu Jay Shrinkera, portugalskiego emigranta, który wiedzie spokojne życie na tej ex-portugalskiej wysepce. To przyzwoite miejsce, a jedynym mankamentem jest słonawa woda w prysznicach. Chodzi mi po głowie przeniesienie się do kościoła przerobionego na noclegownie z możliwością spania w śpiworze na dachu, ale ze względu na ograniczoną ilość miejsc pozostajemy u Jay'a.

Wypożyczamy mopedy, czyli małe, ale zwrotne motory. W lokalnych warunkach jeździ się niesamowicie. Mopedy doskonale sprawdzają się w wąskich uliczkach podczas nocnych wyścigów. Rajd między nachodzącymi na siebie zabudowaniami staje się codzienną tradycją. A jak trzeba, to potrafią też osiągnąć odpowiednią prędkość na prostej. Na tej wyspie wszystko jest takie tanie, że nie mam wyrzutów sumienia jeść śniadania i potrójne desery w restauracjach. Dzisiaj w dwóch ulubionych miejscach jem naleśniki z bananami, koktajl ananasowy i lody szafranowe.

Łodzie rybackie, Damman & Diu
Łodzie rybackie, Damman & Diu

Wyspiarskie wieczory należą do najbardziej pamiętnych. Poznajemy kilku backpackersów z różnych części świata, dzielimy się w grupy odpowiedzialne za załatwienie potrzebnych rzeczy. Wcześnie, jeszcze przed świtem jedziemy do portu kupić ryby od wracających z połowów rybaków. Na straganie zaopatrujemy się w lokalne przyprawy, świeże warzywa i owoce. Organizujemy drewno opałowe, sól i folię do grillowania.

Od południa zaczynamy naszą ucztę. Po raz pierwszy próbuję świeżo pieczonej barakudy, płaszczki i fly-fish, czyli ryby latającej. To prawdziwe rarytasy. Trudno uwierzyć, ale tutaj to ryby tak pospolite, jak bałtycki śledź. Na naszej wielkiej uczcie mamy też kraby, krewetki i węgorze. Lana przygotowuje salsę warzywną na ostro. Są też zapiekane bakłażany, grillowana kukurydza i pieczone ziemniaki, pospolite, ale też pasujące do klimatu.

W tej aurze mija cały dzień. Jest wyjątkowo słonecznie, coraz robimy przerwy na kąpiel i bodysurfingu na falach Morza Arabskiego. Zbliża się zachód słońca, panuje niepowtarzalny klimat, dzięki możliwości wspólnego spędzenia tych uroczych chwil z fantastycznymi ludźmi. Słońce zawiesza się na chwilę, po czym znika za horyzontem. Zostaje nam tylko blask księżyca i szum fal. Nagle w słyszę delikatny ton, który staje się melodią. Rozmowy cichną. Widzę tylko sylwetkę podróżnika grającego na odnóżach kraba, zwinnie trzymającego je dwiema rękoma. To pewien Francuz, wygląda jak Robinson Crusoe, ma trzydzieści parę lat i podróżuje ze swoją żoną już od paru lat. Nie sposób przytaczać tu jego opowieści, ale jedna z nich zaczynała się od słów "when I used to live in Polinesia....". A domyślam się, że to nie jedyne miejsce, w którym mieszkał. Życie wyspiarza ma wiele uroków, więc raz się przestawiając - trudno przestać nim być.

Wyspiarski reportaż

Flip i Flap
Flip i Flap

Dzień fotoreportera. Jeździmy po całej wyspie wzdłuż i wszerz, pstrykając fotki i przyglądając się życiu lokalnych ludzi. Natrafiam na stocznię, w której tradycyjnymi metodami kilkunastu "stoczniowców" buduje drewniany statek. Jadąc kawałek dalej widzę kobiety ciężko pracujące przy młóceniu ryżu. Zaciekawiony naszą obecnością mężczyzna w polu przystaje z pługiem i wymienia przyjazne spojrzenie. Istnieje wiele niedostępnych miejsc, gdzie przyjezdni po prostu nie zaglądają. Aby tam dotrzeć wystarczy skręcić w dowolną polną drogę i oddalić się kawałek od asfaltowej nawierzchni. Nie ma obaw o możliwość zgubienia się. Wyspa Diu ma zaledwie dziesięć kilometrów długości i dwa szerokości.

Opuszczamy wyspę na kilka godzin i wjeżdżamy na ląd, aby zobaczyć jak tam toczy się życie. Odwiedzamy spokojne wioski, w których wywołujemy wzajemne zaciekawienie. Środek dnia, kobiety rozwieszają pranie, a są to tekstylia o niezwykle intensywnych i różnorodnych kolorach. Dzieci grają w krykieta, najpopularniejszą grę w kraju. Mała dziewczynka siedzi na ganku przed wejściem do domu i z zaangażowaniem rysuje w zeszycie. Zaciekawiony chłopiec i jego młodszy brat w dziecięcym garniturze, ale i tak o 4 numery za dużym, jednocześnie bacznie się nam przyglądają i dłubią w nosie.

Wracamy na wyspę. Wieczorem udaje się nam załapać na kolejny element folkloru. Z oddali słychać donośne dźwięki bębnów, pojawia się tłum ludzi, wręcz procesja. Dwójka z przodu wyróżnia się pod względem ubioru. To hinduski ślub. Wtapiam się w tłum i towarzyszę im, aż do momentu, gdy para młoda chowa się w kapliczce. Tam wspólnie spędzą noc poślubną. To bardzo złożona i ściśle przestrzegana tradycja, przy której typowy ślub katolicki to szybka taśmowa produkcja.

Rdzenna ludność rezerwatu Sasan Gir
Rdzenna ludność rezerwatu Sasan Gir

Sasan Gir Wildlife Sanctuary

Wstaję z samego rana, aby zdążyć na wschód słońca na wybrzeżu wyspy. O poranku ustalamy, że dziś jedziemy do Sasan Gir Wildlife Sanctuary. Przemierzamy pierwszą część trasy motorem i miejscowości Una jedziemy autobusem. Sasan Gir to rezerwat lwów azjatyckich, nie mamy jednak mamy pełni szczęścia i podczas naszego safari natrafiamy tylko na sarny, pawie i bawoły. Żyje tutaj kilkaset leopardów, jednak na obszarze ponad 1500 km kwadratowych daje to mało szanse spotkania chociażby jednego. Większość terenu parku jest podeschnięta, ale krajobraz urozmaicają gaje drzewne, małe stawy i rozcinające drogę strumyki. Rosnące tutaj teak trees dają najwytrzymalsze i najtwardsze drewno spotykane na świecie. Drzewa te są niezwykle poszukiwane, ale tutaj na szczęście znajdują się pod ścisłą ochroną, z tego względu sporo zdołało się uchować.

Trochę nasza wizyta się przedłużyła, więc musimy się nakombinować, aby w końcu wrócić dwoma autobusami. Jeden z nich jest już totalnie rozklekotany, dziwię się jak takie cudo może jeszcze samo jechać. Powrót z Una jest dość wymagający. Zrobiło się całkiem zimno, a na sobie mamy jedynie t-shirty. Po wyjściu z autobusu czeka nas jeszcze godzinna jazda na motorze po ciemku. Robi się cholernie zimno, na niedomiar złego od czasu do czasu po drodze natrafiamy na dziury temperaturowe, w których na odcinku kilkuset metrów temperatura jest o przynajmniej pięć stopni niższa. Kolejnego dnia z żalem opuszczamy wyspę Diu.

Ahmadabad to wielkie, jednocześnie nowoczesne i zacofane miasto. Dla nas miejsce kolejnej przesiadki. Idąc jedną z ulic widzę liczne banki i siedziby funduszy inwestycyjnych. Miła przedstawicielka jednego z nich opowiada mi o średnich 80% zwrotach rocznych inwestycji. Czy można temu wierzyć? Ceny mieszkań w Indiach są też obiecująco i szokująco tanie. Nawet tych luksusowych, wykonywanych pod klucz. Jedyny haczyk to ograniczenia dla nierezydentów, które wystarczy obejść czasową przeprowadzką do Indii.

Idę kilka przecznic dalej i zmieniam punkt widzenia. To nie zyski w kolorowych tabelkach, ale setki tysięcy głodujących ludzi na ulicach tego miasta.

Sprzedawca zieleniny na markecie w Ahmadabed
Młody sprzedawca zieleniny na markecie w Ahmadabad

Ciekawostki, sytuacje i różnice kulturowe

  • w Indiach nigdy nie usłyszymy pytania "czy masz rodzeństwo?", lecz raczej "Ilu masz braci?"
  • bezradna policja przegania uporczywą osobę kijem
  • druga klasa pociągów A/C jest w schludna, ale po wagonach sypialnych biegają myszy i karaluchy. Jest jeszcze klasa 3-cia i niższa, będąca rodzajem taniego transportu masowego dla ludności
  • nie ważne gdzie i nie ważne kto pyta. Pierwsze dwa pytania jakie usłyszymy to, nieco przekręcone "your name, sir?" oraz "which country you from?"
  • pytam kelnera "co to jest falafel", mówi "pójdę zapytać"
  • sizzler to potrawa na gorąco z zapiekanych warzyw
  • nie każde whisky musi być dobre. "Green Label" zdecydowanie do nich nie należy (150 Rs za dużą butelkę)
  • Kingfisher to popularne, lokalne piwo. Sprzedawane jest w butelkach około 650 ml. Ze względu na stosowany składnik konserwujący, aby uniknąć bólu głowy, najlepiej jest odwrócić piwo po otwarciu do góry nogami w szklance wody i poczekać chwilę na wycieknięcie substancji
  • sposób na orzeźwienie to kupno kokosa, który na miejscu jest rozcinany maczetą i podawany ze słomką

A ile to kosztuje?

1 USD to około 45 rupii indyjskich (Rs)

  • pokój hotelowy dla dwóch osób: 150-300 Rs
  • obiad w restauracji 60-120 Rs
  • litr benzyny 50 Rs
  • moped (mały motor) na dzień 150 Rs
  • zwiedzanie Sasan Gir Wildlife Sancturay 2400 Rs / 4 osoby (strasznie drogo!)
  • naprawa przebitej dętki 25 Rs
  • Coca-Cola 20 Rs
  • świeży sok z kokosa rozciętego maczetą 5 - 10 Rs

Zapraszam do obejrzenia zdjęć w dziale foto

 

Share

Losowe zdjęcie

L2hvbWUvbGFqY2lrbjEvcHVibGljX2h0bWwvaW1hZ2VzL3N0b3JpZXMvTm9yd2VnaWFfNS5qcGc=.jpg

Polls

Jeśli podróżować, to przez...