07 lip 2009 |
|
el SalvadorSalwador (hiszp. el Salvador) to kraj często omijany przez turystów, zdecydowanie nie leżący na uczęszczanych przez nich szlakach, prowadzących przez Amerykę Środkową. Postanawiamy więc zboczyć z typowej trasy, aby chociaż na kilka odwiedzić tajemniczy el Salvador i wyrobić swoje własne zdanie na temat tego kraju. Typowy krajobraz drogi prowadzącej z Hondurasu to liczne przełęcze i zielone doliny z widokiem na odległe wulkany. Kierowca autobusu i jego pomocnik nieustannie krzyczą i gwiżdżą, z wielką pasją i zaangażowaniem nawołują napotykanych po drodze ludzi do skorzystania z transportu do stolicy. Wielokrotnie odnoszę wrażenie, że do tego autobusu już nikt więcej się nie zmieści, a jednak przy odpowiednim ustawieniu rąk, nóg i kręgosłupa udaje się upchnąć wszystkich chętnych. W San Salvador zatrzymujemy się w hostelu Ximena, położonym przy Bulevar de los Heroes. W trakcie całej podróży przez Amerykę Środkową dopiero w San Salvador widzę pierwszy namacalny ślad nieustannie postępującej globalizacji. To nowoczesne centrum handlowe, gigantyczne, z luksusowymi sklepami, z wielkim food court; miejsce wyrwane z kontekstu i nie pasujące do reszty salwadorskiej architektury. Mieszkając w Kalifornii obiecałem znajomemu Salwadorczykowi odwiedzić Marie, jego młodszą siostrę mieszkającą na przedmieściach San Salvador. Będąc na miejscu zadzwoniłem i umówiliśmy się na spotkanie na dworcu terminal oriente na skraju miasta. Długo wypatrywana Maria okazała się śliczną, uśmiechniętą Salwadorką o latynoskiej karnacji i ciemnych, błyszczących oczach. Miłe to uczucie spotkać się w ten sposób i pogadać z nieprzypadkową osobą w sercu Ameryki Środkowej, a przy okazji oczywiście przekazać wieści z pierwszej ręki dla całej rodziny od brata, Tonego. Wieczorem świętujemy urodziny Alexa, jednego z podróżujących z nami Niemców. Bierzemy taksówkę do centrum i z pomocą taksówkarza znajdujemy duży, obiecująco wyglądający klub przed którym kłębią się ludzie do wejścia. Po kilkunastu minutach jesteśmy już w środku. Salki ze stolikami, parę strategicznie rozmieszczonych barów, wąskie przejścia i przestrzenny, zapełniony po brzegi parkiet. Spragnieni zabawy Salwadorczycy z pełnią życia i entuzjazmu tańczą salsę. Chwilka,... coś mi tu nie pasuje. Właśnie zorientowałem się, że wśród kilkuset osób tylko my mamy jasną karnację i blond włosy. Jak to wygląda w praktyce? Gorące salwadorskie dziewczęta robią sobie z nami zdjęcia, uczą różnych kroków salsy, chętnie rwą się do rozmowy i same oferują numery telefonów. To impreza pełna pozytywnych wrażeń, przypadkowych znajomości i rytmicznych tańców. Idealnie. Idąc przez centrum miasta w ciągu dnia już na pierwszy rzut oka dostrzegam trzy zupełnie odmienne, nachodzące na siebie elementy kultury: prężny amerykański kapitalizm, wyraźne kolonialne naleciałości z czasów hiszpańskiej hegemonii, a także afro-karaibska tradycja, której rola z roku na rok niestety staje się coraz bardziej marginalna. W myśl tego, nieopodal MetroCentro, można zjeść hamburgera za którego zapłacimy dolarami, daleko nie szukając odwiedzimy pokaz tuningowanych aut amerykańskich i demonstracje nowoczesnych systemów nagłośnienia. Kilka przecznic dalej znajdują się zabytkowe kościoły katolickie, katedra, parlament i inne budynki rządowe. Wszystkie z wyraźną nutką hiszpańskiej architektury. Wystarczy zapuścić się w którąś z bocznych uliczek, aby dotrzeć do targowisk i innych mniej dostępnych zaułków. Penetrując okolice tych miejsc przyglądam się kwitnącemu handlowi i często spotykanej wymianie barterowej. Prawie w każdym barze ulicznym serwują pupusas - nieco grubszą, salwadorską odmianę tortilli z nadzieniem (najczęściej z gniecionej fasolki). Pewnego razu, gdy mieszkałem jeszcze w Kaliforni, Tony przygotował mi kilka pupusas, po czym zaserwował je z kapustą kiszoną na ostro, oryginalnie po salwadorsku. Zgodnie z przewidywaniami te kupowane na straganach i dworcach w Salwadorze smakowały prawie tak samo. Salwador może być niekiedy postrzegany jako niebezpieczny, szczególnie późną nocną niektóre uliczki robią się dość niepewne. Niebezpieczeństwo jednak głównie wiązane jest z przeszłością. Dziś w ciągu dnia na prawie każdym rogu w centrum stoi żołnierz z kałasznikowem. Nie bez podstawy mówi się, że przeciętny człowiek odwiedzający Salwador w ciągu jednego dnia zobaczy więcej karabinów niż inny w ciągu życia. Na każdym kroku widoczne są skutki wojny domowej. Okaleczeni ludzie i ślady strzałów na fasadach budynków do dziś przypominają o brutalnych dwunastu latach starć, którym położono kres dopiero w 1992 roku. Dalsza podróż na wschód przez Salwador mija szybko. Chwilkę pada deszcz, ale zaraz wychodzi słońce, a na tle wulkanów pojawia się tęcza. Granica z Hondurasem to szeroka delta rzeki; malowniczy widok spokojnie płynącej wody w tle odległych, porośniętych zielenią wzgórz. Kolejny autobus zabiera nas w stronę Nikaragui. Parę ciekawostek:
Cuanto cuesta?pupusa na dworcu w San Salvador: $0.25 |
| Share |

